Untitled Document
Charakterystyka twórczości
Sprawa Lenartowicza, poety prostych wierszy i prostego serca - nie jest bynajmniej tak zwyczajna, jak by się zdawać mogło. Był to przez kilka dziesięcioleci twórca bardzo popularny, choć - rzecz zastanawiająca - popularnością utrwaloną wśród pieśni chętnie nuconych pod niskim pułapem niebogatych dworków, chałup co oświeceńszych chłopów, w raczej niezamożnych izbach miejskiej inteligencji spod znaku czynnej miłości ojczyzny i wytężonej pracy. Popularność tę zapewniała w niemałym względzie i szkoła, która chętnie jego wiersze przekazywała pamięci niejednej generacji, szczególnie rada, oczywiście, dobierać utwory spośród wielu, jak uważano, łatwiejsze, sposobne do zapamiętania.
Bywały wśród nich takie, jak Zachwycenie ,ale częściej Jak to na Mazowszu czy Wiecznie to samo, najtrwalej zaś tak ze szkołą, jak zwłaszcza z ustnym przekazem, ze "Śpiewnikiem domowym" zrośnięta melancholijna Kalina. Któż w niedawnych generacjach polskich nie znał tego wiersza, nie śpiewał jego prostych słów, niesionych rytmem i melodią dotworzoną przez Ignacego Komorowskiego, Lenartowiczowego druha z młodzieńczych lat warszawskich!
I właśnie teraz, kiedy poeta Kaliny |-| zdawałoby się - szeroką drogę mieć by mógł do powszechności w Polsce przejętej we władanie przez lud, w którego wartości Lenartowicz tak głęboko wierzył, idealizując zresztą jego obraz rzeczywisty: właśnie teraz zamilkła niemal bez echa jego nuta "ludowa", zgłuszona rytmami współczesnej rozrywki masowej, i teraz też wiersze "kmiecego poety" podległy niemal zupełnemu skreśleniu z podręczników szkolnych. A to bywa niekiedy wyrokiem zagłady w sferze tradycji i kultury narodowej.
Sprawa to tym bardziej zawiła, iż wymazaniu z pamięci podlec by miała poezja będąca właśnie przedmiotem szczególnego kultu najprawdzi-wiej subtelnych - poetów. Nie do kogo innego, tylko do poety Złotego kubka zwracała się wszakże jedna z najświetniejszych poetek, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, w wierszu, którego tytułem uczyniła nazwisko Lenartowicza:
Złotniczeńku ty na niebie, chcę pić życie, nie mam z czego. Zrób mi kubek, proszę ciebie, z szczerozłota gwiaździstego!
[----------]
Zrób mi lekki i nieduży, ale mocny zrób i trwały, niech mi całą wieczność służy! Chcę pić z niego dla twej chwały.
Otrzyj ręce twe z pozłoty, którą złocisz świat po ciemku, dla miłości, dla tęsknoty uczyń kubek, Złotniczeńku!
Kiedy tak do poety "pieśni kalinowych" zwracała się wrażliwa poetka miłości i przemijania o złote naczynie formy dla wiecznej "miłości, dla tęsknoty", już miała poprzedniczkę w poetce pieśni "z łąk i pól", Marii Konopnickiej. Tej jeszcze danym było ostatniego z romantyków odwiedzić osobiście w jego wygnańczej "pustelni" w dalekiej Florencji. Do niego to zwracała - już wcześniej - wiersz Lirniko-wi na via Montebello, a w nim te słowa na ówczesny sposób patetyczne:
I rzekł mi: "W ogniach świętych jesteś oto - Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił". I dziwną ducha swojego robotą W jasny mnie płomień objął i zapalił...Lenartowicz w niej widział dziedziczkę swej "lirenki" - swej twórczości "ludowej", wiernej ideom demokratycznym i narodowym. Ożywiony podobnymi dążnościami twórca Zmierzchu i Ech leśnych, Stefan Żeromski, pochyli też głowę przed niełatwym do zdefiniowania mistrzostwem prostoty u Lenartowicza. Zachwyci go Duch sieroty, jego surowa prawda i niezwykła lapidarność:
"Kilkoma kreseczkami [...] narysowany jest ten niezapomniany krajobraz: zagony, pole, gaj i te dwie postaci. [...] Ta przeczysta artystycznie, wytworna i mądrze sformułowana sprawa, ta uryańska perła poezji polskiej, wyrwana jest z surowizny, podjęta z piachu dróg międzyleśnych, wydobyta z samej istoty bytu, z mowy tutejszego ludu, o krok od Warszawy..."
Jeśli wyrazy szacunku i serdecznego umiłowania ze strony dawniejszych twórców przypisać by można sentymentom i normom oddalonym od naszego sposobu traktowania poezji, to z najbliższej już nam perspektywy ogarnia swyrr spojrzeniem wiersze Lenartowicza poeta dzisiejszy, Paweł Hertz:
"Wśród mnóstwa wierszy Lenartowicza jest kilkanaście takich, co sprawiają wrażenie, jak gdyby ktoś po raz pierwszy rozwarł przed nami okno o takiej porze, gdy wszystko, co roztacza się przed naszymi zdumionymi oczyma, nabiera
niezwykłego blasku i znaczenia. A z tego okna widać rzeczy najzwyklejsze. Niebo, drzewo, łąka, ptak. Wszystko dobrze znajome, swojskie, zwyczajne. A zarazem wszystko nowe, niezwykłe, nalane światłem bijącym jakby skądinąd, spoza ziemskich jego źródeł. [...] Zazwyczaj dość takich kilkunastu wierszy, aby uznać wielkość poety"-
Zestawienie takich głosów z faktem odsunięcia poezji Lenartowicza niejako w cień w świadomości społeczeństwa zapewne uzmysławia całą rozpiętość dzielącą płaszczyzny "istnienia albo nieistnienia" w tradycji i we współczesności. Zapewne też zadziwia, jak - być może - wyjaśnia, czemu owego poetę ubiegłego stulecia, zwanego "lirnikiem mazowieckim", tym oto małym tomikiem przypomnieć pragniemy.
Zresztą słuszność każe przyznać, iż stopięć-dziesięciolecie jego urodzin - właśnie na rok 1972 przypadające - dało okazję, by pamięć o nim odnowić i na twórczość jego z dzisiejszej perspektywy spojrzeć. Były uroczystości, wieczory poezji, wystawy, wreszcie walna sesja naukowa w Krakowie (gdzie poeta na Skałce spoczywa), ukazały się też nowe wybory poezji. Jak się wydaje, stało się to wszystko sposobnością do naprawienia krzywdy niedocenienia twórcy owej garści wierszy, których miejsce w dziejach polskiego poetyckiego słowa nieostatnie.
|
 |